WOŚP na wesoło - sprawozdanie
By Alicja Tamulewicz on Feb 18, 2008 in Po Polsku
Dawno, dawno temu było sobie pewne Stowarzyszenie, które postanowiło zaangażować się w XVI Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie wiedzieli, co czynią. Nieszczęśni!
Zastanawiali się, czy nie jest przypadkiem za późno. Postanowili wiec wykonać telefon do przyjaciele - odebrał Maciejka. ‘Taak, jest jeszcze kupa czasu. Jesteście pierwsi, formularze zgłoszeniowe będą dostępne za miesiąc.’ Uups.
Miesiąc później klamka zapadła. Formularz został wysłany. Narodził się sztab i nagle wszystkie Prawa Murphy’ego okazały się prawdziwe…

Zorganizowanie jakiegokolwiek podziału obowiązków graniczyło z cudem, jednakże po długich i burzliwych dysputach okazało się, ze są jednak wśród nas szaleńcy. Martek zajęła się szukaniem speluny, Ania została obwołana specjalistą od public relation (cokolwiek to znaczy), Martuś zorganizowała zespoły, a Aga postanowiła trzymać pieczę nad całym projektem (no właściwie, to skorzystano z tego, ze Aga straciła właśnie glos i nie mogła oponować).
Wszyscy zostali obarczeni obowiązkiem szukania igły w stogu siana - sponsorów.
Kiedy wszystko wydawało się iść w odpowiednim kierunku, okazało się, ze irlandzka policja najwyraźniej opuściła kilka lekcji czytania ze zrozumieniem. W Galway nie można organizować żadnych zbiorek pieniężnych w niedziele. Powiadomienie nas o tym jakże maleńkim szczególe zabrało Gardzie miesiąc…
Na tydzień przed finałem ‘dopinanie guzików’ nabrało niemalże desperackiego wyrazu. Sklepik odmówił kooperacji, technik nawalił z połączeniem internetowym, dźwiękowiec był głuchy a kamerzysta nie dysponował nawet podstawowymi umiejętnościami. A w dodatku lało (w Galway to w końcu normalka).
Za to dzień Finału…
Już od samego rana okazało się, że samo Galway kocha nas bardziej, niż przedstawiciele jakiejkolwiek publicznej instytucji - pogoda była piękna (znaczy się, nie lało). Wolontariusze wykazali się pomysłowością i oklejni po same zęby plakatami wyszli na ulice, aby przynajmniej rozreklamować wieczorny koncert. Uliczni grajkowie - grupa z pewnością wysoko latających indywiduów - zorganizowała ekipę dywersyjną - pod przykrywka zwykłego grania, zbierali nielegalnie na WOSPa. Nawet uliczni malarze postanowili się dołączyć do akcji. Pierwsi goście w sztabie pojawili się już dwadzieścia minut po rozpoczęciu dnia. Nasi Irlandczycy również zabrali się do roboty - Feargal zrobił zupkę dla wygłodniałych i zziębniętych wolontariuszy, A Brian, nieświadomie, został gwiazdą Pierwszego Programu Polskiego Radia, w którym mieliśmy kilkuminutową relacje. Dzieci, oprócz zawracania głowy dorosłym, ozdabiały serduszka, które później znalazły się na ścianach Cellara (pubu, w którym odbywała się impreza wieczorna).



Potem było już tylko lepiej. Do zamknięcia sztabu mieliśmy już około €1500! Po grupowym przemarszu w okolice pubu, zostaliśmy niemalże zaatakowani przez niecierpliwy tłum czekający przed wejściem. Pub, który miał pomieścić około 500 ludzi, okazał się duuuużo za mały. Po przeciśnięciu się przez tłum, rozdaniu zespołom ostatnich wskazówek i ustawieniu sklepiku, mogliśmy wreszcie zacząć.
Lazy Blues Band zagrało pierwsze, robiąc oczywiście przerwę na Światełko do Nieba. Pana od kabelków i połączeń internetowych należy pominąć grobowym milczeniem. Szczęśliwie, później nie miał on za dużo do robienia… Po zakończonym koncercie zespołu numer 1, Tato i Martek rozpoczęli aukcje. Ale się działo! Rozbawiony tłum na samym początku obawiał się o stan swoich portfeli, ale po uprzejmym przypomnieniu, ze bankomat znajduje się zaraz za rogiem, licytacja zaczęła się na prawdę. Koszulki Fundacji cieszyły się wielkim powodzeniem, niemalże na równi z najnowszymi modelami telefonów komórkowych. Następny zespól przebił wszystkie dotychczasowe atrakcje. Nawet malkontencki zazwyczaj Naród Polski zaczął się ruszać i tańczyć pod scena. Następne aukcje i następne zespoły tyko podgrzewały atmosferę. Już o 21.00 menadżerka pubu powiedziała nam w sekrecie, ze przebili swój target na niedziele o ponad €500. Pieniądze, piwo i pot lały się strumieniami przy dźwiękach muzyki, a ci, którzy zdecydowali jednak ze do życia potrzeba im nieco tlenu, spędzali czas na zewnątrz, paląc papierosy. Około północy rozpoczęły się pierwsze podejścia w celu zakończenia imprezy. Tłum jednak był nadal bardzo odporny na perswazje ‘do domu!’
Kiedy oficjalna muzyka zamilkła, grajkowie wzięli się za bębny, a kiedy zamknęli bar, co poniektóre niedobitki zaczęły się rozglądać za niedokończonymi kuflami….. W końcu szczęśliwie udało się nam opuścić ów lokal, wiedząc, ze już tego samego dnia, będziemy musieli zliczyć resztę pieniędzy…
Następnego dnia, wszyscy z syndromem dnia poprzedniego, zebrali się u Martusi, aby pobawić się w liczygroszy. Ale najpierw śniadanie, szybkie uprzątniecie zbędnych gratów i obowiązkowa fajka. Liczenie zostało rozpoczęte. Po mniej więcej trzech godzinach, na widok miedziaków wszyscy dostawali skrętu kiszek, a po całym dniu, nikt już nie mógł patrzeć na pieniądze. Ale, koniec końców, zebraliśmy €6360!
Jesteśmy z Siebie Dumni!!!!


Post a Comment